środa, 23 maja 2012

Pan Kleks i polski Goethe



Miałem wczoraj wielką przyjemność uczestniczyć w jedynym w swoim rodzaju spotkaniu, na którym dorośli ludzie (wcale nie świeżo po osiemnastce, ja byłem tam najmłodszy) z dziką radością oglądali Akademię Pana Kleksa (produkcja polsko-radziecka, 1986r.), którą od tego czasu uważam za jeden z najbardziej "schizowych" filmów (nie wspominając o dość jednoznacznych konotacjach, jakie niektóre ze scen budziły...). Przypomniało mi się od razu jak bardzo bałem się kiedyś np. sceny z wilkami. Dramat. Ale wczoraj nie było strasznie - jedliśmy pyszne gofry ze śmietaną i truskawkami, przyklejaliśmy sobie sztuczne piegi, robiliśmy (sztuczne) tatuaże. Krótko mówiąc było bardzo wesoło, bez męczących mnie zwykle na imprezach rozmów o polityce, sporcie (o zgrozo), ikapowego wymądrzania czy gimnazjalnej presji na picie wódki. Największą furorę zrobił oczywiście ten moment:




A poza tym zabawna ciekawostka - jakieś dwa tygodnie temu, kiedy wracałem z zajęć do domu, przy pomniku Mickiewicza minąłem się z dwoma niemieckojęzycznymi turystami, z których jeden, wskazując na naszego ukochanego wieszcza (którego poezja wzrusza nas jeszcze bardziej niż poezje innego naszego ukochanego wieszcza) powiedział: polnischen Goethe!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz