Mieszkam na czwartym piętrze. To dobrze, bo nade
mną nikt nie hałasuje. Czasem tylko słyszę czyjegoś psa albo sąsiadów otwierających/zamykających
drzwi. O dziwo nie docierają do mnie wrzaski, przekleństwa ani płacze. Może to
przez to czwarte piętro, a może mit Pragi jest już trochę nieaktualny. Owszem,
mieszka w okolicy trochę pijaczków, którzy stoją sobie pod sklepikami, w bramach
lub na rogach ulic (to swoją drogą zadziwiające - chodzi pewnie o "dobry
widok" na to co ciekawego się akurat dzieje - jedzie tramwaj, ktoś
przechodzi...). Wszyscy oni znają się ze sobą. Istnieją też więzi
międzypokoleniowe - owi pijaczkowie witają się co chwilę z chłopaczkami
(i kto to mówi...) w czapeczkach z daszkiem, żółto-zielonych adidasach
(chodzi mi tu o typ obuwia, nie markę rzecz jasna) i w białych skarpetkach. I
starzy, i młodzi mają zwyczaj spluwania co kilka kroków. Zdania przeplatają barwnymi
metaforami. Ale nie wydają się groźni. Krew na klatce na pewno znalazła się w
wyniku jakiegoś wypadku.
Powyższe słowa
napisałem 21.03. W końcu nie zdecydowałem się na ich upublicznienie, bo nic w
nich ciekawego. Kiedy je pisałem, przyszło mi do głowy, że śmiesznie by było
(lubię takie sytuacje), gdyby jutro (czyli dziś) na klatce słychać by było
wrzaski i przekleństwa. Nie muszę chyba dodawać, że tak właśnie się stało. Nie
tylko za ścianą - u sąsiadów, ale i na klatce rozbrzmiewały słowa, których tu
nie przytoczę, wypowiadane w sposób naprawdę jedyny w swoim rodzaju. W takiej
sytuacji mogę uznać, że post nadaje się do publikacji, co niniejszym
czynię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz