piątek, 23 marca 2012

kilka luźnych obserwacji


Mieszkam na czwartym piętrze. To dobrze, bo nade mną nikt nie hałasuje. Czasem tylko słyszę czyjegoś psa albo sąsiadów otwierających/zamykających drzwi. O dziwo nie docierają do mnie wrzaski, przekleństwa ani płacze. Może to przez to czwarte piętro, a może mit Pragi jest już trochę nieaktualny. Owszem, mieszka w okolicy trochę pijaczków, którzy stoją sobie pod sklepikami, w bramach lub na rogach ulic (to swoją drogą zadziwiające - chodzi pewnie o "dobry widok" na to co ciekawego się akurat dzieje - jedzie tramwaj, ktoś przechodzi...). Wszyscy oni znają się ze sobą. Istnieją też więzi międzypokoleniowe - owi pijaczkowie witają się co chwilę z chłopaczkami  (i kto to mówi...) w czapeczkach z daszkiem, żółto-zielonych adidasach (chodzi mi tu o typ obuwia, nie markę rzecz jasna) i w białych skarpetkach. I starzy, i młodzi mają zwyczaj spluwania co kilka kroków. Zdania przeplatają barwnymi metaforami. Ale nie wydają się groźni. Krew na klatce na pewno znalazła się w wyniku jakiegoś wypadku.

Powyższe słowa napisałem 21.03. W końcu nie zdecydowałem się na ich upublicznienie, bo nic w nich ciekawego. Kiedy je pisałem, przyszło mi do głowy, że śmiesznie by było (lubię takie sytuacje), gdyby jutro (czyli dziś) na klatce słychać by było wrzaski i przekleństwa. Nie muszę chyba dodawać, że tak właśnie się stało. Nie tylko za ścianą - u sąsiadów, ale i na klatce rozbrzmiewały słowa, których tu nie przytoczę, wypowiadane w sposób naprawdę jedyny w swoim rodzaju. W takiej sytuacji mogę uznać, że post nadaje się do publikacji, co niniejszym czynię. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz