poniedziałek, 4 czerwca 2012

labirynty PANu

M. miała dziś obronę doktoratu. O 13, w sali 144 Polskiej Akademii Nauk. Od kilku dni wahałem się czy się na nią wybrać, bo sama myśl o takiej ceremonii powoduje we mnie ściśnięcie gardła. Podobnie stresuję się na przykład kiedy do radia dzwoni jakiś matoł i prowadzący audycję postawiony jest w trudnej sytuacji – jakoś się z nim wtedy utożsamiam i bardzo się denerwuję. A przecież w komisji albo, co bardziej prawdopodobne, na sali (obrony są przecież publiczne) statystycznie na pewno jakiś bardziej lub mniej matołowaty osobnik zawsze się znajdzie. Niemniej postanowiłem – wbrew regule, że nie ma półśrodków – pojechać tam i pogratulować M. już po wszystkim.
W PANie byłem dosłownie kilka razy… Z sześć czy siedem. Zwykle spotykam się w tamtejszej kawiarni z promotorem na omawianie projektu magisterki. Do kawiarni umiem trafić, droga jest prosta – wchodzi się do budynku, mija po prawej księgarnię, wsiada do windy, naciska guzik z cyferką 3 i jest się na miejscu. Kiedy natomiast idę do PANu w innej sprawie, w inne miejsce, jak np. dziś, czuję się jak w labiryncie. Ciekaw jestem czy pracownicy naukowi tej zacnej instytucji przechodzą jakieś szkolenie z orientacji w terenie, albo czy dostają chociaż jakiś plan budynku… Znając jednak inną opinię o PANie, mianowicie taką, że nie ma on w ogóle pieniędzy (co łatwo zauważyć choćby po wyposażeniu wnętrz: stare komputery [naprawdę stare, sprzed 15 lat], rozpadające się krzesła etc.) jest to mało prawdopodobne. Ale dość tych bredni, wracam do opowieści: po jakichś 15-20 minutach błądzenia dotarłem na trzecie piętro, do kawiarni, mając nadzieję, że a nuż zobaczę tam jakąś znajomą twarz, która podpowie mi którędy iść. Nic z tego. 


Wsiadłem więc zrezygnowany do windy gotów zacząć poszukiwania od nowa, kiedy nagle „dosiadła” się jakaś pani w pomarańczowym żakieciku (nie jestem pewien co to żakiecik, ale zakładam, że to właśnie to). Spytałem czy wie gdzie jest sala 144. Odpowiedziała, że wie i mnie tam zaprowadzi. Weszliśmy w jeden korytarz, drugi, trzeci… Po drodze powiedziała z sarkazmem, że „Imię Róży to chce się czytać, a zrozumieć bardzo logiczny rozkład tego budynku to już nie bardzo!”. Sądzę, że przy całej swej skomplikowanej złożoności arcydzieło Eco jest w porównaniu do labiryntów PANu dziecinnie proste. Tak czy siak dotarliśmy w końcu pod salę 144 imienia Adama Mickiewicza. 


Podsłuchiwałem pod drzwiami jakieś 15 minut, po czym obrona dobiegła końca i wszyscy, prócz komisji, która musiała naradzić się nad „werdyktem”, na chwilę wyszli z sali. Rozmowy, gratulacje, nerwy. Drzwi otwierają się ponownie, wszyscy – tym razem i ja – wchodzą do środka. Komisja jednogłośnie przyznaje tytuł doktorski a pracę poleci do publikacji. Owacje na stojąco – dla M. i dla promotora, prof. Głowińskiego, który zabiera głos i mówi, że „sytuacja egzystencjalna promotora jest dobra wtedy, kiedy ma mało do roboty, a tak było w tym przypadku”.
Wszystko się zatem udało: M. się obroniła, ja uniknąłem stresu (chociaż nie do końca, moment oficjalnych gratulacji od komisji był trudny!) a cała przygoda skończyła się… w kawiarni na trzecim piętrze, na pysznym poczęstunku.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz