M. miała dziś obronę doktoratu. O 13, w sali 144 Polskiej Akademii
Nauk. Od kilku dni wahałem się czy się na nią wybrać, bo sama myśl o takiej ceremonii powoduje we mnie ściśnięcie gardła. Podobnie stresuję się na przykład kiedy do radia dzwoni jakiś matoł i
prowadzący audycję postawiony jest w trudnej sytuacji – jakoś się z nim wtedy
utożsamiam i bardzo się denerwuję. A przecież w komisji albo, co bardziej
prawdopodobne, na sali (obrony są przecież publiczne) statystycznie na pewno
jakiś bardziej lub mniej matołowaty osobnik zawsze się znajdzie. Niemniej postanowiłem
– wbrew regule, że nie ma półśrodków – pojechać tam i pogratulować M. już po
wszystkim.
W PANie byłem dosłownie
kilka razy… Z sześć czy siedem. Zwykle spotykam się w tamtejszej kawiarni z
promotorem na omawianie projektu magisterki. Do kawiarni umiem trafić, droga
jest prosta – wchodzi się do budynku, mija po prawej księgarnię, wsiada do
windy, naciska guzik z cyferką 3 i jest się na miejscu. Kiedy natomiast idę do
PANu w innej sprawie, w inne miejsce, jak np. dziś, czuję się jak w labiryncie.
Ciekaw jestem czy pracownicy naukowi tej zacnej instytucji przechodzą jakieś
szkolenie z orientacji w terenie, albo czy dostają chociaż jakiś plan budynku…
Znając jednak inną opinię o PANie, mianowicie taką, że nie ma on w ogóle
pieniędzy (co łatwo zauważyć choćby po wyposażeniu wnętrz: stare komputery
[naprawdę stare, sprzed 15 lat], rozpadające się krzesła etc.) jest to mało
prawdopodobne. Ale dość tych bredni, wracam do opowieści: po jakichś 15-20
minutach błądzenia dotarłem na trzecie piętro, do kawiarni, mając nadzieję, że
a nuż zobaczę tam jakąś znajomą twarz, która podpowie mi którędy iść. Nic z
tego.
Wsiadłem więc zrezygnowany do windy gotów zacząć poszukiwania od nowa,
kiedy nagle „dosiadła” się jakaś pani w pomarańczowym żakieciku (nie jestem
pewien co to żakiecik, ale zakładam, że to właśnie to). Spytałem czy wie gdzie
jest sala 144. Odpowiedziała, że wie i mnie tam zaprowadzi. Weszliśmy w jeden
korytarz, drugi, trzeci… Po drodze powiedziała z sarkazmem, że „Imię Róży to chce się czytać, a zrozumieć
bardzo logiczny rozkład tego budynku to już nie bardzo!”. Sądzę, że przy całej swej skomplikowanej złożoności arcydzieło Eco jest w porównaniu do labiryntów PANu dziecinnie proste. Tak czy siak dotarliśmy w końcu pod salę 144
imienia Adama Mickiewicza.
Podsłuchiwałem pod drzwiami jakieś 15 minut, po czym
obrona dobiegła końca i wszyscy, prócz komisji, która musiała naradzić się nad „werdyktem”,
na chwilę wyszli z sali. Rozmowy, gratulacje, nerwy. Drzwi otwierają się
ponownie, wszyscy – tym razem i ja – wchodzą do środka. Komisja jednogłośnie
przyznaje tytuł doktorski a pracę poleci do publikacji. Owacje na stojąco – dla
M. i dla promotora, prof. Głowińskiego, który zabiera głos i mówi, że „sytuacja
egzystencjalna promotora jest dobra wtedy, kiedy ma mało do roboty, a tak było
w tym przypadku”.
Wszystko się zatem udało: M. się obroniła, ja uniknąłem stresu
(chociaż nie do końca, moment oficjalnych gratulacji od komisji był
trudny!) a cała przygoda skończyła się… w kawiarni na trzecim piętrze, na
pysznym poczęstunku.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz